Cudownie się tańczyło, czyli nigdy więcej


Pró­bo­wa­łam jakoś prze­żyć, wizu­ali­zo­wa­łam sobie ulu­bioną media­lunę, buty które jutro kupię, wszystko byle ode­rwać myśl od tego co się wła­śnie działo w tym momen­cie. Dzień był prze­pie­przony, led­wie uszłam na lek­cjach z życiem, ale teraz to już los prze­sa­dził. Nadzludz­kim wysił­kiem zro­bi­łam wyj­ście z kroku, a tu nad­cho­dzi kolejny dziwny ruch, który muszę jakoś zin­ter­pre­to­wać nie dając się zabić. Jeśli tango to emo­cje to moje są teraz raczej mordercze.

Tęskne spoj­rze­nie prze­nio­słam na Rodrigo, z któ­rym tań­czyć uwiel­biam, ale ewi­dent­nie wyrywa dziś bru­netkę, z którą zapewne wyj­dzie. Mogę się więc poże­gnać z tań­cze­niem z nim jak jest na łowach. Gene­ral­nie jest boskim tan­ce­rzem, a ponie­waż to part­ner tan­gowy kole­żanki, to czuje się prze­waż­nie zobo­wią­zany do zatań­cze­nia ze mną. Na szczę­ście. Na nie­szczę­ście nie dziś.
Wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści. Sta­li­śmy z part­ne­rem naprze­ciw sie­bie mie­rząc się spoj­rze­niem, ee, no co naj­wy­żej peł­nym rezerwy. Przed chwilą skoń­czyło się tango, które mówiąc naj­oględ­niej znio­słam. Jesz­cze 3 zostały w tan­dzie, a czas potrafi wolno lecieć.

Dłu­żyły się nawet sekundy mię­dzy tan­gami. Zwy­kle wtedy wyko­rzy­stuje się oka­zję na wymie­nie­nie naj­waż­niej­szych infor­ma­cji, bo nie ma czasu (ani chęci) żeby się spo­ty­kać w ciągu dnia, a na milon­dze ze wszyst­kimi nie dasz rady roz­ma­wiać. Ale, argen­tyń­skim zwy­cza­jem, rzu­camy coś miłego, choć mam ochotę powie­dzieć, że koń­czymy. Cier­pię w milczeniu.

Naj­gor­sze jest to, że widzą mnie teraz wszy­scy dobrzy tan­ce­rze, więc żaden z nich mnie nie poprosi, widząc jak zatań­czy­łam i nie dzi­wię się, bo jak ja tu widzę kogoś, kto nie trzyma postawy, jest poła­many, co skut­kuje zła­ma­niem mojej postawy, to też zapi­nam buty pół godziny albo ana­li­zuję wzorki na ścia­nie. A Rodrigo, który mógłby mnie ura­to­wać, jak ostat­nia ego­istyczna świnia zała­twia sobie miłą noc. To jest wła­śnie tu bru­talne, jak ma się pecha i tra­fisz na tan­ce­rza kiep­skiego na początku milongi, to potem zapo­mnij o dobrej zaba­wie. Witaj łama­czy krę­go­słu­pów, głowy wysu­nięte na kilo­metr i tym podobne. Całe szczę­ście cho­ciaż, że więk­szość rze­czy­wi­ście umie poru­szać się po par­kie­cie i nie grozi ci zra­nie­nie. Ale nikt z w miarę dobrych tan­ce­rzy nie ponie­sie cię w nieznane.

Z tego punktu widze­nia super było być na samym początku drogi tan­go­wej. Czło­wiek tań­czył kilka mie­sięcy i każda tanda, z każ­dym tan­ce­rzem mnie uszczę­śli­wiała. Co gor­sza, rok temu uszczę­śli­wiało mnie tań­cze­nie z Alfre­dem rok temu — czu­łam że jeste­śmy naj­do­sko­nal­szymi tan­ce­rzami świata (dzięki bogom, że nikt tego nie nagry­wał). Nie musia­łam łgać głu­pio, że przy­jem­nie było, bo BYŁO przyjemnie.

Kiedy sia­dłam, nie ukry­wajmy, z ulgą, zaob­ser­wo­wa­łam, że wszyst­kie spoj­rze­nia faj­nych tan­ce­rzy nagle zaczęły się prze­wi­jać bar­dzo BARDZO daleko ode mnie. Na drzwiach kibla, świa­tłach nad orkie­strą, byle nie dać się zła­pać na sekundę nawet, bo mamy caba­ceo, a po ostat­nim wyczy­nie (piwoty przez pół sali z ręką w górze) nie zatań­czy­ła­bym ze sobą, nawet gdyby miało to ura­to­wać ludz­kość od zagłady.

- Cudow­nie się tań­czyło, musimy to jesz­cze raz powtó­rzyć — wypo­wie­dział sche­ma­tyczne zda­nie Alfredo. Oboje wiemy, że była męka (on też nie jest idiotą i wie, że modlę się wła­śnie o wyma­za­nie tego wspo­mnie­nia z pamięci), ale
tak już jest. Mówi się miłe rze­czy, żeby spra­wić przy­jem­ność, ale nie­ko­niecz­nie należy w nie wie­rzyć:) Ja już się nauczy­łam argen­tyń­skiego stylu i rów­nież kom­ple­men­tuję tandy, które wcho­dzą na top listę „nigdy wię­cej”, mówię „habla­mos” (będziemy gadać) choć wiem, że tele­fon wyrzucę zaraz po wyj­ściu, i „esta­mos en con­tacto” choć nie pamię­tam jak się ktoś nazywa.

… niech to szlag trafi, popro­sił mnie do tańca drugi raz.