Kapcie czy szpilki? czyli Milonga de Oliverio


Zdu­si­łam w sobie chęć ścią­gnię­cia szpi­lek i zało­że­nia kapci. Zdy­scy­pli­no­wa­łam się, żeby nie roz­ło­żyć się wygod­nie na 2 krze­słach. Porzu­ci­łam prze­możną chęć zro­bie­nia misia z każdym.

Powta­rzam sobie, że to tylko milonga. Nie dom, nie odwie­dzasz cioci Basi, naprawdę to, że czu­jesz się jak w domu nie zmie­nia faktu, że to jest milonga.

Milonga nie­sa­mo­wita. Taka, na któ­rej ludzie fak­tycz­nie dobrze się ze sobą czują i nie wiem, czy to zasługa orga­ni­za­tora? Colo Milon­gu­ero nie tylko faj­nie tań­czy i lubi tań­czyć ze wszyst­kimi gośćmi, ale jest po pro­stu miły. Wła­ści­cielka – pia­nistka, która grała kie­dyś w Color tango, porywa wszyst­kich muzą na żywo. Szcze­gól­nie jak wciąga się w kli­mat i wyzywa na poje­dy­nek ban­do­ne­oni­stę. Milonga de Oliverio.

Może tan­ce­rzy? Sza­la­łam tak, że stopy mam tak zdarte i dziś każę się nosić. Co prawda komu to jesz­cze nie wiem, ale gene­ral­nie muszę coś wymy­ślić, bo mocze­nie się w mied­nicy nic nie daje.

W dodatku dziś na milon­dze był Mar­tin, który nie tylko dobrze tań­czy, ale i dobrze się zacho­wuje (czyli mówi odpo­wied­nie rze­czy: cudow­nie się z tobą tań­czy. Tań­czysz, jakby muzyka cię nio­sła. Z tobą milongę tań­czy się naprawdę łatwo). Wszystko to, o musi powie­dzieć tan­cerz, żeby zmu­sić cię do poka­za­nia 110 % moż­li­wo­ści. Mar­tin mnie dopadł przy orkie­strze, co ozna­cza jak wia­domo, że nie musi respek­to­wać końca tandy, bo jej nie ma.

Jest tak, że jak ktoś jest muzy­kalny, tak jak Mar­tin i dobrze tań­czy to są 2 rze­czy potrzebne do tan­go­wego szczę­ścia. Jeśli w dodatku grają twoje uko­chane tango ozna­cza to prze­peł­nie­nie czary szczęścia.

Chwilo, trwaj! Jesteś taka piękna.

Naprawdę mnie porwało. Naprawdę czu­łam, że zatań­czy­łam jak nigdy. Boże, czemu tak rzadko tak dobrze umiem zatań­czyć? Może ktoś mi dosy­pał cze­goś do wina? Prze­cież wczo­raj mia­łam takie same umie­jęt­no­ści (no, ok, gor­szych tan­ce­rzy). Prze­cież jutro będę miała takie same umie­jęt­no­ści (ok, nie będzie to ta sama milonga), a to nie­moż­liwe żebym prze­cież zatań­czyła tak lekko, tak w muzyce, tak dokład­nie pod dyrygenta.

Kiedy na końcu sie­dzia­łam już zdo­jona jak koń po wester­nie, pła­wiąc się w tej atmos­fe­rze i pasąc oczy tymi wszyst­kimi tan­ce­rzami, przy­się­gam, że nie zało­ży­łam kapci i fla­ne­lo­wej piżamy tylko i wyłącz­nie dla­tego że nie zawsze mam je przy sobie.