Nałóg, Szaleństwo i Totalne Zapomnienie


Nie przy­szedł na umó­wione spo­tka­nie i moje spra­gnione serce pękło. Znowu. Czy czło­wiek NAPRAWDĘ musi się aż tak upo­ka­rzać? Znowu będę żebrać o spo­tka­nie, znowu je pięć razy zmieni i znowu ja za każ­dym razem się zgo­dzę, choć przy­się­gam sobie, że tym razem prze­sa­dził i należy mieć honor.

Nie­stety. Nie­stety mój honor jest na waka­cjach. Cho­dzi prze­cież o buty. O Buty do tanga. Oglą­da­łam swoje bar­dzo dro­gie i bar­dzo zje­chane buty z Neo­tango i powie­dzia­łam sobie dość sza­sta­nia. Sza­stam na lek­cje — ok. Ale buty muszą mieć jakieś inne, alter­na­tywne, czy­taj tań­sze roz­wią­za­nie. Spa­dło ono z nieba w postaci mojego nauczy­ciela tech­niki, który zna wszyst­kich, a wszy­scy znają jego. Zna też szewca, któ­rego uży­wają argen­tyń­skie dziew­czyny, żeby zro­bić sobie porządne, dłu­go­trwa­jące buty.

Sami rozu­miemy co było dalej. Mój wzrok stał się sokoli, wzię­łam sza­ble w dłoń i niczym Joanna D’Arc poszłam na buciane bary­kady. Ale to jest prze­cież Argen­tyna i zała­twie­nie naj­prost­szej rze­czy jest skomplikowane…

Wal­czy­łam już mie­siąc. Mie­siąc upo­ko­rzeń i krzywd. Ale cel jest szczytny. Buty nie tylko dłu­żej trwają, ale i kosz­tują 4 razy mniej, a w dodatku robi ci je na miarę. Zawzię­łam się i poje­cha­łam do jego zakładu. Zwy­kłego warsz­tatu szew­skiego z 100 mode­lami skór, zaku­rzo­nego, w dodatku w tak zaka­za­nej oko­licy, że tylko moje szczę­ście pozwo­liło mi dojść do miej­sca zbrodni.

I nagle otwo­rzyło się niebo. On wie­dział wszystko o butach. Wszystko o mojej sto­pie. Wszystko o prze­wa­gach pasków dia­go­nal­nych nad zwy­kłymi, o tym skąd pasek puścić i jak powi­nien iść. O zamszach, skó­rach. O pode­szwach kilku rodza­jów. Słu­cha­łam wykładu z opad­niętą szczęką. I wtedy… prze­ba­czy­łam. Prze­ba­czy­łam nie­przy­cho­dze­nie, zmie­nia­nie, nie­od­dzwa­nia­nie na tele­fony i igno­ro­wa­nie smsów. Warto, warto było, ach, jak warto.

Mój cudowny Pan Szewc. Moja tajna broń na fron­cie prze­pusz­czo­nych na buty pie­nię­dzy. Ok, śliczne są Dar­r­cosy, są Neo­tango śliczne (no i ci przy­stojni sprze­dawcy). Ale po zale­d­wie mie­siącu, zale­d­wie kilka godzin dzien­nie i noc­nie moje nowe Neo­tango prze­stały istnieć.

Teraz już wiem od mojego Mistrza Buta, że powin­nam zmie­niać buty, to by się zużyły nieco mniej. Może nie są piękne te buty od niego, ale trzy­mają mi stopę jak Sta­lin ZSRR. Nawet nie odchyla mi się nic na boki, do przodu itd. Trwają jak Wawel, nie­zmien­nie na swoim miej­scu (cho­dzi o zamek, nie festiwal).

Jedno tylko mnie mar­twi, mia­no­wi­cie odkry­cie, że praw­do­po­dob­nie jestem nało­gow­cem. Mia­łam zamó­wić 1 parę. Jedna, zna­czy nie dwie — mówi­łam sobie surowo.

Jedna nie zna­czy trzy — powta­rza­łam to sobie cały czas, żeby nie zamó­wić 2, ani 3.

Cztery sobie zamó­wi­łam. Cztery. Ale wie­cie… Wygląd dla tan­cerki jest taki ważny, prawda? Buty są nie­zwy­kle istotne, no nie jest tak?