Zwykły dzień, zwykli ludzie, zwykłe tango


Nie spo­dzie­wa­jąc się niczego otwar­łam swo­bod­nie drzwi. Następ­nie moja swo­boda ule­ciała z szyb­ko­ścią świa­tła, bo zoba­czy­łam na sobie te wszyst­kie oczy. Oczy pra­gnące. Oczy wycze­ku­jące. Stę­sk­nione i naglące oczy.

Jestem cał­kiem sym­pa­tyczna, ok, ale na tę milongę wkra­cza­łam po raz pierw­szy i nie­moż­liwe, że mnie tu już znają i ocze­kują. Sto­jąc przed całą wpa­trzoną we mnie salą, oświe­tlona jarze­niów­kami sce­nicz­nymi odrzu­ci­łam też myśl drugą, czyli domnie­ma­nie, że tak się po pro­stu tu wita gości. Odrzu­ci­łam, bo wresz­cie zare­je­stro­wa­łam spoj­rze­nia boczne. Roz­ba­wione i pobłaż­liwe. Spoj­rze­nia nale­żące do cze­ka­ją­cych na roz­po­czę­cie kon­certu muzyków.

Moje wewnętrzne fatum jak zwy­kle wpro­wa­dziło mnie tu zaraz po zapo­wie­dzi Dj-a, kiedy muzycy robili dra­ma­tyczną pauzę, przed buch­nię­ciem pierw­szych dźwię­ków w publicz­ność. Nic dziw­nego, że woleli pocze­kać, aż na pal­cach prze­bie­gnę przez salę szu­ka­jąc roz­pacz­li­wie jakie­goś krze­sła. Spró­buj­cie to zro­bić, kiedy tyle oczów prze­syła śledzi każdy ruch. Mnie w takich chwi­lach zawsze dzwoni tele­fon lub poty­kam się o czy­jąś nogę, więc wła­ści­wie powin­nam być wdzięczna losowi, że tym razem upu­ści­łam tylko worek z butami (swoją drogą, zdu­mie­wa­jąca obser­wa­cja, w takiej ciszy worek upada na pod­łogę w zwol­nio­nym tem­pie i z siłą bomby jądrowej).

Ludzie zaczęli tań­czyć, a ja sobie uświa­do­mi­łam, że wresz­cie zna­la­złam milongę, któ­rej szu­ka­łam. Milongę na którą cho­dzą chło­paki i dziew­czyny z dziel­nicy. Ci, któ­rzy tango tań­czą rado­śnie, ci któ­rzy tango znają tak, jak się zna bajki z dzie­ciń­stwa i pana z kio­sku, który od 100 lat sprze­daje gumy do żucia bli­sko naszego domu. Pod­łoga wyło­żona pra­wie rów­nymi płyt­kami, scena, która w tym wieku sprzą­tana była na pewno przy­naj­mniej raz, cho­in­kowe żarówki. Ale muzycy rewe­la­cyjni i dźwięk pierw­sza klasa. Jakość muzyki się tu liczy i cie­szy­łam się nią do momentu, kiedy do sceny chwiej­nie pode­szła ubrana w dżinsy kobity woła­jąc, że czas żeby coś zaśpiewać.

Muzycy rzu­cili na sie­bie poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia (coś jak my, kiedy na milongę wkra­cza osoba z zewnątrz, która chce koniecz­nie zatań­czyć. Można powie­dzieć, że nie byli­by­śmy zała­mani, gdyby nagle przy­po­mniała sobie o nie­wy­łą­czo­nym żelazku). Jed­nak poka­zali klasę i po krót­kim uzgod­nie­niu wybrali tango. W takich lokal­nych milon­gach w dziel­nicy naprawdę jest nie­sa­mo­wita atmos­fera. Tak inna od nabi­tych tury­stami milon­gach ofi­cjal­nych. Od napom­po­wa­nych wiel­kimi ego milon­gami z naj­lep­szymi tan­ce­rzami. Ma się poczu­cie, że jest się u lubia­nej ciotki na rodzin­nej impre­zie. Na któ­rej w dodatku wszy­scy tań­czą fajnie.

Przy­byszka odsta­wiła (z tru­dem, ale dała radę) szklankę z wodą, w dodatku dziel­nie nie wyle­wa­jąc jej i nabrała odde­chu, a ja przy­go­to­wa­łam się psy­chiczne na cios w moją wraż­li­wość muzyczną. Który nastą­pił natych­miast, chwała bogom. Wydarła z piersi tango tak przej­mu­jące, tak świet­nym gło­sem i taką inter­pre­ta­cją, że padłam z wra­że­nia. Inni zresztą też, bo dostała owa­cję z tupa­niem nogami i wale­niu w stoły (ja, po euro­pej­sku, nudno kla­ska­łam). Marina Rios zaśpie­wała trzy tanga, po pro­stu dla­tego, że chciała uczest­ni­czyć we wspól­nym spo­tka­niu, dać swoją część.
Bar­man roz­ocho­cony wypadł zza baru, chwy­cił w pół zażywną babkę z pierw­szego stołu i dali pokaz tanga cany­enge, stylu który tań­czy się pro­sto, łatwo i nie rozu­miem, czemu nie tań­czy się go pra­wie w ogóle na milongach.

Mnie popro­sił do tańca Mar­tin, który prze­żył już swoją przy­godę z Quil­me­sem tego wie­czoru, ale obję­cie miał cudow­nie argen­tyń­skie i kroki pewne i znio­słam dziel­nie w związku z powyż­szym beł­kot w cor­ti­nach. Nie wiem nadal jakim cudem tak dobrze tań­czył po takim tan­ko­wa­niu, ale było mi wszystko jedno, bo bawi­łam się odlo­towo. Tango rado­sne, pełne poweru, zwy­kłe tango.

Ludzie mylili kroki, sta­wiali nie­zgod­nie ze sztuką stopy, nie łączyły dziew­czyny nóg, ale sku­bani tak nie­sa­mo­wi­cie potra­fili tań­czyć ze sobą w kon­tak­cie, że nie­za­leż­nie od wpa­dek oglą­dało się to z przy­jem­no­ścią, a tań­czyło z rozkoszą.

Nie chciało mi się nawet stam­tąd wycho­dzić. Bar­man zapro­po­no­wał kawę, Mar­tin drugi raz przed­sta­wił mnie swo­jemu wuj­kowi, ban­do­ne­oni­sta przy­gry­wał w kącie sobie samemu. Buenos Aires … Querido.